Zrzut ekranu 2026-04-08 235920

Pakiet paliwowy 2026

Rząd obniża ceny paliw – na czym polega nowy pakiet podatkowy?

W obliczu dynamicznych wzrostów cen paliw na światowych rynkach, polski rząd zdecydował się na wprowadzenie specjalnego pakietu podatkowego, którego celem jest bezpośrednie odciążenie kierowców i ograniczenie presji inflacyjnej. Nowe przepisy już obowiązują i wpływają na ceny na stacjach benzynowych.

Dlaczego rząd zdecydował się na interwencję?

Bezpośrednią przyczyną wprowadzenia zmian jest sytuacja geopolityczna – w szczególności konflikt na Bliskim Wschodzie, który doprowadził do gwałtownego wzrostu cen ropy naftowej. W konsekwencji drożeją również paliwa, co uderza zarówno w gospodarstwa domowe, jak i przedsiębiorców.

Rząd podkreśla, że działania mają charakter odpowiedzialny i są odpowiedzią na czynniki zewnętrzne, na które Polska nie ma bezpośredniego wpływu.

Najważniejsze elementy pakietu

Pakiet podatkowy obejmuje kilka kluczowych zmian:

1. Obniżka podatku VAT

Stawka VAT na paliwa została czasowo obniżona z 23% do 8%. Zmiana obowiązuje od 31 marca do 30 kwietnia 2026 roku.

2. Niższa akcyza

Równolegle wprowadzono obniżkę akcyzy na paliwa do minimalnego poziomu dopuszczonego przez Unię Europejską:

– ok. 29 groszy na litrze benzyny

– ok. 28 groszy na litrze oleju napędowego

Obniżka akcyzy obowiązuje krócej – od 30 marca do 15 kwietnia.

3. Dodatkowe mechanizmy (pakiet CPN)

Szerszy pakiet działań, określany jako „Ceny Paliwa Niżej”, obejmuje także inne rozwiązania, m.in. możliwość wprowadzenia maksymalnych cen paliw czy dodatkowych regulacji rynku.

Ile wynosi koszt dla budżetu?Wprowadzenie pakietu wiąże się z konkretnymi wydatkami
publicznymi:

ok. 930 mln zł kosztuje obniżka VAT

ok. 400 mln zł to koszt obniżki akcyzy (w krótszym okresie obowiązywania)

Łącznie działania te oznaczają miliardowe obciążenie dla budżetu państwa, ale mają przynieść szybki efekt w postaci niższych cen na stacjach.

Czy kierowcy rzeczywiście zapłacą mniej?

Z założeń rządu wynika, że dzięki wprowadzonym zmianom ceny paliw mogą spaść nawet o około 1,2 zł na litrze. W praktyce efekt zależy jednak od sytuacji na rynku globalnym – Polska, podobnie jak inne kraje, jest w dużej mierze uzależniona od cen ropy na świecie.

Rozwiązanie tymczasowe

Rząd jasno wskazuje, że pakiet ma charakter czasowy i interwencyjny. Jego głównym celem jest:

  • szybkie złagodzenie skutków wzrostu cen paliw
  • ochrona budżetów gospodarstw domowych

  • ograniczenie wpływu drogiego paliwa na inflacji

Podsumowanie

Pakiet podatkowy obniżający ceny paliw to jedna z największych interwencji fiskalnych ostatnich lat w Polsce. Dzięki obniżkom VAT i akcyzy kierowcy mogą chwilowo odetchnąć, jednak rozwiązanie to nie eliminuje głównej przyczyny problemu – wysokich cen ropy na rynkach światowych.

W praktyce oznacza to, że niższe ceny paliw mogą być tylko przejściowe, a dalszy rozwój sytuacji będzie zależał przede wszystkim od globalnej gospodarki.

pexels-cottonbro-3943727

Czym jest inflacja stylu życia i jak się przed nią bronić?

Prawie każdemu z nas znane jest zjawisko inflacji – jest to oczywiście postępujący w czasie spadek siły nabywczej pieniądza lub inaczej – utrata jego wartości. Z pojęciem tym związana jest inna, jeszcze bardziej znana wartość, mianowicie wysokość wynagrodzenia. W dobrze funkcjonującej gospodarce procentowy wzrost wynagrodzenia w momencie otrzymania przez pracownika podwyżki powinien wynosić co najmniej odrobinę więcej niż wynosi skumulowana inflacja od momentu otrzymania poprzedniej podwyżki. Jest to związane
z faktem, że wskaźnik inflacji obliczany jest na podstawie wzrostu w czasie cen dóbr konsumenckich, co z kolei powoduje, że aby poziom życia pracownika nie obniżył się w wyniku upływu czasu, wysokość jego pensji musi „nadganiać” postępującą inflację.

Aby podwyżki mogły przerodzić się w oszczędności, wysokość wzrostu wynagrodzenia powinna jednak być na poziomie w znaczącym stopniu przewyższającym skumulowaną inflację. W takiej sytuacji pracownik ma możliwość „odkładania” części wynagrodzenia, jednak mimo to często nawet po znaczącej podwyżce oszczędności nie wzrastają znacznie. Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedzią na to pytanie może być zjawisko inflacji stylu życia. Jest to sytuacja, w której wynagrodzenie rośnie równomiernie wraz z ilością pieniędzy przeznaczanych na krótkoterminową konsumpcję, a dobra, które poprzednio uznalibyśmy za luksusowe zaczynają być postrzegane jako podstawowe potrzeby.

Przeanalizujmy to na przykładzie: Załóżmy, że jesteś studentem. Pracujesz na pół etatu w sklepie, kiedy akurat nie masz zajęć, mieszkasz w kawalerce, a Twoje główne źródło pożywienia stanowią zupki chińskie i fast food-y. W takiej sytuacji ciężko myśleć
o oszczędzaniu na przyszłość. Po studiach zaczynasz jednak dobrze płatną pracę w banku, kupujesz pełnoprawne mieszkanie posiłkując się kredytem hipotecznym i zaczynasz jadać
w restauracjach. Twoje wynagrodzenie wzrosło, razem ze standardem życia,
ale przez to dalej nie masz pieniędzy na oszczędzanie. Pójdźmy jeszcze o krok dalej – odchodzisz ze swojej pracy w banku, zakładasz dobrze prosperującą firmę, kupujesz sobie dom na przedmieściu, a jedyne restauracje, w których jadasz uznawane są za luksusowe, do tego dochodzą wydatki na markową odzież i Ferrari, ale dalej brakuje Ci pieniędzy na oszczędności. Grunt w tym, że w momencie, kiedy wzrasta wynagrodzenie niesamowicie kuszące stają się rzeczy, na które wcześniej nas po prostu nie było stać, a ponowne, dobrowolne obniżenie poziomu życia, w celu zgromadzenia oszczędności staje się niewyobrażalne.

Jak bronić się przed inflacją stylu życia? Istnieje na to kilka sposobów:

  • Oszczędzanie jako nawyk – Pomocne może być oszczędzanie części zarobionych pieniędzy, niezależnie od tego, ile się zarabia. Nawet jeśli ma to być tylko kilkadziesiąt złotych miesięcznie, może to sprawić, że przyzwyczaimy się do samej czynności
    i wejdziemy dzięki temu w nawyk, kluczowy w momencie podwyższenia zarobków.
  • Obliczanie realnej zmiany – Na papierze zwiększenie wartości wynagrodzenia może okazać się znacznie istotniejsze niż w rzeczywistości. Należy obliczyć, ile
    z uzyskanych pieniędzy będziemy w stanie zachować „dla siebie” – po odliczeniu podatku i wszelkich koniecznych wydatków.
  • Wybieranie doświadczeń, zamiast konsumpcjonizmu – Przykładowo, wyjazd na wakacje zamiast zakupu nowego auta. Zabezpieczy Cię to w dwojaki sposób – po pierwsze nie podwyższy to twojego standardu życia na stałe, co zapobiega inflacji stylu życia, po drugie droższe auto czy dom to zazwyczaj droższe koszty utrzymania tych dóbr. Jeśli nie będziesz ich miał/a nie będziesz musiał/a troszczyć się o wydatki z nimi związane.

Oczywiście to tylko kilka propozycji, a dróg do celu jest wiele. Na koniec należy odpowiedzieć jeszcze na jedno pytanie: „dlaczego zjawisko inflacji stylu życia jest złe?”. Przecież na pierwszy rzut oka nie ma nic niewłaściwego w chęci poprawy swojego poziomu życia, kiedy kogoś na to stać. „Kto bogatemu zabroni”, prawda? Problem pojawia się w momencie, gdy mimo wzrostu zarobków dalej żyje się od pensji do pensji i nie jest się w stanie zaoszczędzić na przysłowiową „czarną godzinę”, która może spotkać każdego z nas w najmniej oczekiwanym momencie. Inflacja stylu życia to błędne koło, z którego niekiedy ciężko jest się wyrwać, ale warto, ponieważ zabezpiecza nas to na przyszłość.

pexels-jan-rune-smenes-reite-221584-3192662

Dlaczego Wenezuela nie sprzedaje tyle ropy ile by mogła?

Kiedy myślisz o ropie naftowej jako surowcu, do głowy przychodzą Ci zapewne jej najwięksi światowi producenci, tacy jak Stany Zjednoczone, Rosja czy Arabia Saudyjska. Istnieje jednak kraj, który mimo ogromnych zapasów tego surowca nie znajduje się w czołówce jego producentów, ani nawet blisko niej. Mowa tu oczywiście o Wenezueli.

Wenezuela posiada największe udowodnione rezerwy ropy naftowej na świecie. Nie, nie „jedne z największych”, znajduje się ona na niezaprzeczalnym pierwszym miejscu w tym rankingu. Poziom ich rezerw przewyższa Arabię Saudyjską (posiadającą 2 największe rezerwy ropy na świecie) o około 36 milionów baryłek (według danych OPEC). Niezwykle zastanawiający jest więc fakt, że Wenezuela znajduje się dopiero na 18 miejscu, jeśli chodzi o wydobycie i sprzedaż tego surowca.

Dlaczego tak się dzieje? Żeby zrozumieć przyczyny musimy sięgnąć do historii. Wenezuela była jednym z krajów założycielskich OPEC. W roku, w którym ta organizacja powstała – w 1960, kraj ten był w ścisłej czołówce producentów ropy naftowej. Powstanie w 1976 roku PDVSA – wenezuelskiego przedsiębiorstwa państwowego zajmującego się wydobyciem tego surowca umocniło dodatkowo pozycję Wenezueli jako eksportera „czarnego złota”, między innymi poprzez nacjonalizację przedsiębiorstw wydobywczych. W latach 90. i na początku XXI wieku średni dzienny wolumen eksportu ropy naftowej do Stanów Zjednoczonych wynosił około 2 miliony baryłek. Sytuacja zaczęła jednak szybko zmieniać się na gorsze, kiedy w 1998 roku Hugo Chávez został wybrany na prezydenta. Zacieśnił on kontrolę państwa nad PDVSA i używał generowanych przez tę spółkę dochodów do pokrywania deficytu budżetowego, co prowadziło do niezadowolenia pracowników. Nastąpiły strajki i liczne zwolnienia, w których doświadczeni „weterani” byli zastępowani żółtodziobami, nie posiadającymi doświadczenia, za to popierającymi politykę nowego prezydenta.

To, w połączeniu z niedofinansowaniem sektora petrochemicznego i niepochlebnym obrazem Cháveza na arenie międzynarodowej doprowadziło do mocnego ograniczenia ilości eksportowanej ropy. Sytuacja uległa ponownemu pogorszeniu, kiedy do władzy w 2013 roku doszedł Nicolás Maduro. W 2017 roku Stany Zjednoczone nałożyły na Wenezuelę sankcje na eksport ropy naftowej w odpowiedzi na łamanie przez Maduro praw człowieka
i niedemokratyczne zachowanie rządu. W 2019 roku zostały one zaostrzone, kiedy to Zgromadzenie Narodowe Wenezueli oznajmiło, że Maduro nielegalnie przedłużył swoją kadencję, a Stany Zjednoczone razem z 50 krajami Ameryki Łacińskiej i Europy przestały uznawać go za głowę państwa. Doprowadziło to do sytuacji, w której dotychczasowy największy importer wenezuelskiej ropy, którym było USA, zamknął się niemal całkowicie
na eksport. Jednocześnie zamknęło to dostęp Wenezueli do innych międzynarodowych rynków zbytu.

W obecnej sytuacji głównymi importerami ropy naftowej wydobywanej w Wenezueli są Chiny, Indie i Kuba. Maduro w 2024 roku oznajmił, że wygrał wybory na prezydenta po raz trzeci, ale opozycja polityczna razem z wieloma krajami z USA na czele od stycznia tego roku uznaje za prezydenta Edmundo Gonzáleza Urrutie. Ta niestabilność polityczna razem z faktem, że Stany Zjednoczone zdają się być w stanie gotowości do interwencji na terenie Wenezueli stawia przyszłość sektora petrochemicznego w tym kraju, jak i ogólną sytuację ekonomiczną i polityczną, pod znakiem zapytania.

xr:d:DAF9PemvFNA:18,j:7435862259503866800,t:24022012

Wyższe składki ZUS w 2026 r.

Od 2026 roku przedsiębiorców czeka wzrost składek do ZUS, zarówno na ubezpieczenia społeczne jak i ubezpieczenie zdrowotne. Ile wyniosą i z czego to wynika?

Na początku warto przypomnieć o kilku kluczowych kwestiach, które będą miały największy wpływ na to jak kształtowała się będzie wysokość składek płaconych do ZUS w przyszłym roku.

Rozróżniamy kilka rodzajów ulg w wysokości płaconych składek:

– ulga na start – dla rozpoczynających działalność gospodarczą po raz pierwszy albo podejmujących ją ponownie po 60 miesiącach od jej ostatniego zawieszenia lub zakończenia. Jest to okres 6 pełnych miesięcy, w którym przedsiębiorca opłaca wyłącznie składkę zdrowotną.

– ZUS preferencyjny – mały ZUS – przysługuje nowo powstałym przedsiębiorstwom i można z niego korzystać przez 24 miesiące od momentu rozpoczęcia działalności.  Najniższą możliwą podstawą obliczania składek ZUS jest 30% minimalnego wynagrodzenia.

– mały ZUS+ – przysługuje przedsiębiorcom, którzy za poprzedni rok kalendarzowy wykazali przychód poniżej 120 tys. zł, można z niego korzystać przez 36 miesięcy z ostatnich 60 miesięcy prowadzenia działalności, a kwota podstawy uzależniona jest od dochodu generowanego przez przedsiębiorstwo i mieści się w przedziale od 30% minimalnego wynagrodzenia, do 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia.

– standardowy – duży ZUS – najniższa podstawa naliczania składek to 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia.

Obliczona podstawa jest następnie mnożona przez stopę procentową dla poszczególnego rodzaju ubezpieczenia/funduszu:

  • 19,52% – emerytalne
  • 8% – rentowe
  • 1,67% – wypadkowe – przy czym warto zaznaczyć, że wysokość tej stopy procentowej jest zróżnicowana w zależności od kilku czynników jak np. rodzaj czy wielkość działalności.
  • 2,45% – chorobowe –ta składka jest dla przedsiębiorców dobrowolna, jednakże zrezygnowanie z niej pozbawia prawa do korzystania z zasiłków.
  • 2,45% – Fundusz Pracy – obowiązująca w większości przypadków tylko dla dużego ZUS.

Dla ubezpieczeń społecznych, same przepisy dotyczące obliczania podstawy wymiaru składek oraz wielkości stóp procentowych poszczególnych składek pozostają bez zmian, zmianie ulega jedynie podstawa obliczania wymiaru.

Mając tę wiedzę, jedynymi wartościami, których potrzebujemy do obliczenia wysokości składek w 2026 roku są:

  • wynagrodzenie minimalne – ogłaszane przez Radę Ministrów – które od 1 stycznia 2026 roku wyniesie 4806 zł
  • prognozowane przeciętne wynagrodzenie – wynikające ze statystyk zbieranych przez GUS – które dla 2026 roku szacowane jest na poziomie 9420 zł

Tabela przedstawiająca wartości wynikające z tych zmian:

Jeśli chodzi o wysokość składki na ubezpieczenie zdrowotne to sytuacja wygląda trochę inaczej. 1 stycznia 2025 roku wysokość podstawy jej wymiaru została zmniejszona ze 100% do 75% minimalnego wynagrodzenia. Od 1 stycznia 2026 roku zmiana ta zostanie cofnięta, co oznacza, że podstawą jej wymiaru znowu będzie 100% minimalnego wynagrodzenia. Jej stopa procentowa pozostaje na niezmienionym poziomie 9%. Składka zdrowotna uzależniona jest od dochodów przedsiębiorstwa, jednak jej minimalna wysokość dla każdego podmiotu jest taka sama.

Zmianę obrazuje poniższa tabela:

Jak łatwo zauważyć, minimalna wysokość tej składki wzrośnie o około 37%, co jest wartością o wiele wyższą niż w przypadku innych składek i to właśnie ta zmiana najbardziej „zaboli” przedsiębiorców, zwłaszcza w przypadku małych przedsiębiorstw.  

Zrzut ekranu 2025-11-26 094801

Bąbel AI, czyli bańka spekulacyjna na miarę naszych czasów

Jakiś czas temu wyjaśnialiśmy, czym są bańki spekulacyjne. Dzisiaj przytoczymy przykład jednej z nich, która powinna być bliska prawie każdemu, kto w dzisiejszych czasach używa Internetu. Mowa tu oczywiście o bańce sztucznej inteligencji.

Na wstępie warto zaznaczyć, że dane ruchy na rynku można identyfikować jako proces powstawania bańki spekulacyjnej ze stu procentową pewnością tylko w przypadku analizy historycznej. Innymi słowy – nie mamy pewności czy dane zjawisko jest czy nie jest częścią bańki spekulacyjnej, dopóki ta nie pęknie. W przypadku bąbla AI do pęknięcia nie doszło, możliwe więc, że nie mamy tu do czynienia z bańką spekulacyjną, ale istnieją przesłanki do stwierdzenia, że tak właśnie jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że w ostatnich czasach sektor AI przeżywa z roku na rok coraz gwałtowniejszy wzrost. Różne firmy technologiczne prześcigają się w tworzeniu coraz bardziej zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji. Co zaskakujące, niemal każda firma, która zajmuje się tworzeniem modeli AI raportuje z tego powodu straty. Mimo ogromnych nakładów pieniędzy „włożonych” w sektor, nadal nie jest on zyskowny. Oczywiście można to uzasadnić faktem, że technologia ta jest stosunkowo nowa, trudno więc znaleźć jej optymalne – a co za tym idzie – najbardziej zyskowne zastosowania.

Wygląda jednak na to, że inwestorzy giełdowi zdają się podzielać przekonanie firm technologicznych o przyszłej zyskowności sektora AI i podchodzą do niej bezkrytycznie, co zauważamy na wykresach giełdowych spółek działających w sektorze. Poniżej tabela obrazująca wzrost cen kilku publicznie notowanych, kluczowych spółek.

SpółkaCena za akcję 25.11.24 (USD)Cena za akcję 24.11.25 (USD)Wzrost ceny (%)
Oracle Corporation188,10198,786
Alphabet Inc169,43315,4386
Baidu82,67119,2344
Nvidia135,93178,9332

Mamy tu więc do czynienia ze wzrostem, który napędzany jest nadziejami inwestorów,
a może nie mieć racjonalnych podstaw, co często skutkuje powstawaniem bańki spekulacyjnej.

Same ruchy giełdowe może nie są jeszcze powodem do paniki, ale jeśli przyjrzymy się źródłom finansowania podmiotów działających w sektorze zauważymy, że zachodzi zjawisko tzw. „circular financing” co oznacza, że firmy zasilają się nawzajem środkami pieniężnymi
w różnej postaci:

Nvidia:

– zainwestowała 100 miliardów USD w OpenAI

– posiada 5% akcji CoreWeave

– sprzedaje chipy OpenAI, CoreWeave i Oracle

Open AI:

– zainwestował 350 milionów USD w CoreWeave

– podpisało porozumienie z Oracle o wartości 300 miliardów USD

Jeśli wydaje Ci się to zagmatwane to pewnie dlatego, że takie właśnie jest. Porozumienia między tymi firmami tworzą swego rodzaju sieć, w której zainwestowane pieniądze w tej czy innej postaci wracają do spółki – inwestora. Jest to zjawisko negatywne, ponieważ sztucznie zawyża ono liczby raportowane przez te firmy w sprawozdaniach, powoduje również skorelowanie ich finansów – jeśli jedna z nich zostanie dotknięta kryzysem finansowym, to wszystkie dotkliwie odczują jego efekty. Warto też zauważyć, że powyższy przykład zawiera tylko największych graczy, pominięte są więc kwestie innych, mniejszych firm, które bazują na ich modelach sztucznej inteligencji w swoich produktach.

Czy dojdzie do pęknięcia bańki? Nic nie jest pewne, ale na obecną chwilę zdaje się prawdopodobne. Tylko czas może potwierdzić lub zanegować tę teorię. Jedyne, co pozostaje, to czekać i mieć nadzieję, że w przypadku spełnienia się najgorszego scenariusza, wynikający z niego kryzys finansowy nie będzie zbyt dotkliwy.

pexels-dovis-24566348-6719878

Czym są bańki spekulacyjne i dlaczego nie dotyczą tylko inwestorów?

Prawdopodobnie nie raz spotkaliście się z pojęciem „bańka spekulacyjna”. Dla osób działających na giełdzie jest to jedna z najgorszych rzeczy jaka może im się przytrafić, jeśli chodzi o inwestowanie. Dzisiaj dla niewtajemniczonych wyjaśnimy, czym są bańki spekulacyjne, opiszemy mechanizm ich powstawania i postaramy się wytłumaczyć, dlaczego ich efekty mogą być dotkliwe nie tylko dla inwestorów giełdowych.

Zacznijmy od wyjaśnienia terminu bańka spekulacyjna – jest to sytuacja, w której ceny danego aktywa na rynku rosną gwałtownie w krótkim czasie. Cena ta nie ma uzasadnienia ekonomicznego, co oznacza, że np. akcje danej spółki są wyceniane na o wiele więcej, niż ta jest rzeczywiście warta. Po okresie wzrostu następuje gwałtowny spadek cen – „pęknięcie bańki”.

Dlaczego powstają? Znawcy tematu wskazują głównie na czynniki związane z psychologią inwestowania na rynku oraz asymetrię informacyjną. Wiadomym jest, że kiedy „gra się” o duże pieniądze czasem ciężko jest kontrolować emocje. Wyszczególnia się kilka zjawisk związanych z zachowaniem inwestorów, które mogą prowadzić do powstawania baniek spekulacyjnych, poniżej 2 z nich:

  • Free riders – albo po polsku „gapowicze” – to uczestnicy rynku, którzy rezygnują
    z analizowania informacji na temat aktywów, w które inwestują. Zamiast tego naśladują oni zachowanie podmiotów, które w ich mniemaniu „znają się na rynku”, takich jak na przykład fundusze inwestycyjne. Z punktu widzenia pojedynczego inwestora, może się to wydawać mądre – po co samodzielnie analizować informacje na temat waloru, kiedy przykładowo BlackRock zatrudnia całą rzeszę wykształconych analityków, którzy są w stanie szybciej i lepiej przeanalizować sytuację na rynku, niż jakikolwiek indywidualny inwestor? Wystarczy tylko spojrzeć,
    w co dany fundusz inwestuje i odtwarzać to dla własnego portfolio, prawda? Problem pojawia się, kiedy na rynku działa duża ilość gapowiczów, co powoduje, że ich pieniądze zainwestowane w daną spółkę zaczynają ją przewartościowywać.
  • Owczy pęd – zjawisko dość podobne do tego pierwszego, różnica polega na tym,
    że w tym przypadku inwestorzy indywidualni samodzielnie analizują rynek, nie są jednak pewni, że dysponują wszystkimi informacjami pozwalającymi na podjęcie adekwatnej decyzji. Martwią się więc o występowanie insider tradingu – czyli sytuacji, w której nie wszystkie dostępne informacje o spółce są podane do obiegu publicznego. Widząc wzrost cen danego waloru, którego nie rozumieją dochodzą do wniosku, że inni uczestnicy rynku „coś wiedzą” i bezkrytycznie podążają za nimi, inwestując w daną spółkę.

Oba te zjawiska prowadzą do samonapędzającego się wzrostu, który nie ma racjonalnych podstaw. Jedni inwestują w dany walor, bo widzą, że drudzy w niego inwestują, ceny idą w górę, aż ktoś – jakiś duży inwestor, dojdzie do wniosku, że wzrost nie może się dłużej utrzymać. Również w tym wypadku postępowanie inwestorów jest raczej bezkrytyczne – sprzedają, bo widzą, że inni sprzedają. Następuje pęknięcie bańki, a cena waloru na giełdzie kończy na poziomie poniżej tego, co wynikałoby z jego racjonalnej wyceny.

Dlaczego bańki spekulacyjne są niebezpieczne nie tylko dla inwestorów? Ponieważ
w dzisiejszych czasach gospodarka rynkowa jest bardzo mocno powiązana z systemem bankowym, a ten związany jest bezpośrednio z kondycją ekonomiczną danego kraju. Banki przyjmują lokaty w celu pozyskania środków na inwestowanie w walory rynkowe i tak generują zysk. Kiedy więc sektor bankowy zostanie dotknięty pęknięciem bańki spekulacyjnej traci on znaczną sumę pieniędzy. Może nie być w stanie udzielać kredytu, a czasami nawet nie może wypłacić ulokowanych oszczędności. Obie te sytuacje prowadzą do stagnacji gospodarki, co – jeśli się ten stan się utrzyma – najczęściej kończy się kryzysem gospodarczym. Oczywiście w dzisiejszych czasach w wielu krajach funkcjonują regulacje, które mają takim sytuacjom zapobiegać, ale należy pamiętać, że każdy kraj w historii dotknięty kryzysem gospodarczym w wyniku pęknięcia bańki spekulacyjnej, myślał, że jego regulacje są wystarczające.

Ta myśl nie powinna nikomu spędzać snu z powiek. Jakkolwiek przykro może to brzmieć, nikt nie jest w stanie zabezpieczyć się w 100% przed bańkami spekulacyjnymi. To na rządach spoczywa odpowiedzialność za trzymanie swoich sektorów bankowych „na wodzy” tak, aby ich błędy nie odbiły się dotkliwie na gospodarce krajowej i dalej międzynarodowej. Większość z nas może jedynie trzymać kciuki za to, że im się to uda. 

8+

Nowe obowiązki pracodawców od 24 grudnia 2025!

W kwietniu 2023 roku Rada Unii Europejskiej przyjęła ostateczną wersję dyrektywy o przejrzystości wynagrodzeń. Dała ona krajom członkowskim Unii 3 lata na dostosowanie prawa krajowego, tak aby uwzględniało ono nowe przepisy. Ostateczny termin wprowadzenia nowych krajowych przepisów mija 7 czerwca 2026 roku, ale już od 24 grudnia 2025 roku polscy pracodawcy zostaną obciążeni nowymi obowiązkami.

Głównym celem dyrektywy jest likwidacja luki płacowej w krajach członkowskich. Dane opublikowane przez Eurostat w 2018 roku pokazały, że kobiety zarabiają średnio o 13% mniej niż mężczyźni. Nowe przepisy przewidują, że wysokość różnicy średniego wynagrodzenia ze względu na płeć, będzie mogła wynosić maksymalnie 5%. Mimo to, nie tylko kobiety zyskają na wprowadzeniu nowych regulacji. Wdrożenie przepisów wiąże się z korzyściami dla wszystkich pracowników na terenie UE.

Pierwsza ze zmian nakazuje pracodawcom udzielenia potencjalnym pracownikom dostępu do informacji o początkowym poziomie lub przedziale wynagrodzenia na danym stanowisku. Oznacza to, że pracodawca w ogłoszeniu o pracę lub przed rozmową kwalifikacyjną, będzie zmuszony do udzielenia potencjalnemu pracownikowi informacji na temat widełek płacowych. Dla ludzi szukających pracy oznacza to możliwość zapoznania się ze średnim poziomem płac na danym stanowisku, a w związku z tym zwiększa jego szansę na wynegocjowanie lepszego wynagrodzenia za pracę. „Wynagrodzenie” w tym przypadku nie odnosi się jedynie do wysokości płacy, obowiązkowe będzie również informowanie
o premiach, dodatkach i innych świadczeniach, takich jak na przykład samochód służbowy.
Informacje te muszą być zawarte w formie umożliwiającej ich utrwalenie – nie wystarczy przekazanie ich ustnie. Utrudni to więc „wykiwanie” potencjalnego pracownika. Dodatkowo, nielegalne stanie się pytanie kandydatów o wysokość ich wynagrodzenia w poprzednim lub obecnym miejscu zatrudnienia, a ogłoszenia o prace nie będą mogły wskazywać na płeć, wiek lub inne cechy kandydata, preferowane przez pracodawcę, o ile nie mają bezpośredniego związku z wykonywaniem danego zawodu. Również nazwy stanowisk powinny być neutralne płciowo.

Nie wszystkie zmiany dotyczą jedynie osób ubiegających się o pracę. Zgodnie z dyrektywą, po objęciu stanowiska przez pracownika, pracodawca będzie zmuszony udzielić na jego żądanie informacji o:

– średniej wysokości wynagrodzenia, w podziale na płeć z uwzględnieniem zajmowanego stanowiska

– kryteriów wysokości wynagrodzenia i rozwoju kariery, które to muszą być obiektywne i niezależne od płci

Co więcej, firmy zostaną obarczone obowiązkiem raportowania wynagrodzeń wypłacanych pracownikom. Dla firm zatrudniających ponad 250 pracowników sprawozdania te będą coroczne. Firmy mniejsze, zatrudniające ponad 100 pracowników, będą takie sprawozdanie przedstawiać co 3 lata. W przypadku firm zatrudniających mniej niż 100 osób obowiązek sprawozdawczy nie funkcjonuje – jest to wywołane obawami Rady EU o nadmierne obciążenie małych i mikroprzedsiębiorstw w zakresie sprawozdawczości. Jeżeli sprawozdania wykażą, że luka płacowa przekracza wcześniej wspomniane 5% i firma nie będzie w stanie w satysfakcjonujący sposób jej wyjaśnić, zostanie ona zmuszona do podjęcia kroków naprawczych, w celu zrównania wynagrodzeń.

Dyrektywa oznacza też dobre wieści dla osób, które padły ofiarą dyskryminacji płacowej
i decydują się na wstąpienie na drogę sądową.
Do tej pory to pracownik zobowiązany był do przedstawienia dowodów, jednak z dniem wejścia w życie przepisów ulegnie to zmianie – to pracodawca będzie musiał udowodnić, że nie naruszył unijnych przepisów zakazujących dyskryminacji płciowej. Odszkodowanie dla pracownika ma zawierać w sobie pełne odzyskanie zaległego wynagrodzenia oraz innych związanych z nim premii oraz świadczeń rzeczowych.

Dyrektywa ta to tylko jeden z wielu podjętych kroków w drodze do równouprawnienia na rynku pracy. Droga te jest jeszcze dość długa, ale warto nią iść. Na tym przykładzie dobrze widać, że sprawiedliwe traktowanie kobiet przekłada się na lepsze traktowanie wszystkich pracowników, niezależnie od ich płci. 

pexels-clickerhappy-9796

Leasing w nowym wydaniu..

Od 1 stycznia 2026 roku zmienią się przepisy dotyczące wysokości limitu amortyzacji pojazdów osobowych wprowadzonych do ewidencji środków trwałych. Jak wpłynie to na przedsiębiorców?

Przypomnijmy, że na ten moment limity amortyzacji wyglądają następująco:

  • Dla samochodów osobowych spalinowych – 150 000 zł
  • Dla samochodów osobowych elektrycznych i napędzanych wodorem – 225 000 zł

Od nowego roku ulegnie to zmianie, rolę będzie odgrywać przede wszystkim ile wynosi emisja CO2 danego pojazdu. W przypadku aut nie spalinowych limit nie ulegnie zmianie, natomiast w przypadku pojazdów napędzanych benzyną czy dieslem, sytuacja wyglądać będzie następująco:

  • Dla aut spalinowych, których emisja CO2 wynosi poniżej 50 g/km – 150 000 zł
  • Dla aut spalinowych, których emisja CO2 wynosi 50 g/km lub więcej – 100 000 zł

Innymi słowy, auta niskoemisyjne pozostaną w starym zakresie dla aut spalinowych, natomiast te, które wymogów niskoemisyjnych nie spełniają będzie można amortyzować w mniejszym stopniu. Ale kto decyduje, że dany pojazd jest niskoemisyjny? Ilość emitowanego CO2 będzie ustalana na bazie danych pochodzących z Centralnej Ewidencji Pojazdów, które to pochodzą z dokumentów homologacyjnych. 

Warto w tym momencie przypomnieć doktrynę „prawo nie działa wstecz” – w tym wypadku oznacza to, że pojazdy wprowadzone do ewidencji środków trwałych przed 1 stycznia 2026 nadal będą mogły być amortyzowane do starego limitu niezależnie od ich emisji CO2, co stanowi niejako „ostatnią deskę ratunku” dla niektórych przedsiębiorców, ale i tu istnieje haczyk. Fiskus może bowiem uznać, że data zakupu auta przed końcem 2025 roku nie jest przypadkowa, a wynika z chęci uzyskania korzyści podatkowej. Jeśli tak się stanie, dany podmiot objęty zostać może obowiązkiem raportowania schematu podatkowego. Ryzyko jest podwyższone, jeśli transakcja zostanie zawarta tuż przed końcem roku lub jeśli zakup pojazdu nie wynika z rzeczywistych potrzeb firmy.

Gra jest więc warta świeczki, ale nie jest pozbawiona ryzyka. Jeśli decydujemy się na zakup auta przed końcem roku i chcemy uniknąć „wykrycia” przez urząd skarbowy, lepiej jest się za to zabrać raczej wcześniej niż później.

Celem wprowadzenia nowych przepisów jest zachęta przedsiębiorców do ograniczenia emisji CO2 poprzez zakup pojazdów nisko-, a najlepiej, zeroemisyjnych.

Na zakończenie tej części artykułu warto wspomnieć, że analogiczne limity będą miały zastosowanie również do rat leasingu operacyjnego, wynajmu długoterminowego oraz opłat z tytułu korzystania z pojazdów na podstawie umów dzierżawy i innych o podobnym charakterze.

W ramach ciekawostki przygotowaliśmy tabelę, która zawiera porównanie polskich limitów amortyzacji z kilkoma innymi krajami UE. Kwoty przeliczone z euro na złote kursem 4,24 z dnia 28 października 2025 roku.

 Limit amortyzacji dla pojazdów elektrycznych i napędzanych wodoremGórny limit amortyzacji dla pojazdów spalinowych (niskoemisyjnych)Dolny limit amortyzacji dla pojazdów spalinowych (nieniskoemisyjnych)
Krajw EURw PLNw EURw PLNw EURw PLN
Polska53 066225 00035 377150 00023 585100 000
Niemcy100 000424 000
Czechy82 000347 68082 000347 68082 000347 680
Litwa75 000318 00050 000212 00010 00042 400

Warto wspomnieć, że w przypadku aut spalinowych w Niemczech limity te są o wiele bardziej elastyczne i rozpatrywane są bardziej indywidualnie, niż przewidują to przykładowo polskie czy litewskie przepisy.

Jak widać, ulgi podatkowe związane z zakupem pojazdów nieemisyjnych i niskoemisyjnych są wyższe w innych krajach europejskich, niż w Polsce. Nie ma więc co się dziwić, że nasi przedsiębiorcy raczej niechętnie będą przechodzili na ten typ pojazdów, nawet mimo nowych progów amortyzacji.

pexels-vladislav-reshetnyak-66283-251287

Neoklasycy kontra keynesiści, czyli za i przeciw ingerencji państwa w gospodarkę

W dzisiejszych czasach funkcjonuje wiele teorii ekonomicznych, które są bardziej lub mniej znane i które posiadają większe lub mniejsze znaczenie dla badaczy tematu oraz ogólnej populacji. Dziś skupimy się na dwóch najważniejszych, które od ich poczęcia aż do dzisiejszych czasów dzielą ekonomistów na dwa przysłowiowe „obozy” – na teorii neoklasycznej i keynesizmie.

Zacznijmy od krótkiej lekcji historii – neoklasycyzm powstał na przełomie XVIII i XIX wieku, na bazie prac Adama Smitha i Davida Ricardo i był dość prosty w swoich założeniach:

– konkurencja jest doskonała – oznacza to, że dwa takie same produkty będą kosztowały tyle samo niezależnie od czynników zewnętrznych,

– rynek ma zdolność do samoregulacji – czyli, w skrócie, podaż i popyt na produkty dyktowane będą tym ile konsumenci będą chętni za nie zapłacić,

– wszystkie podmioty ekonomiczne, w tym konsumenci, zachowują się w sposób racjonalny, dążą więc do maksymalizacji użyteczności, którą „wyciągają” z dóbr, natomiast firmy maksymalizują swój zysk,

– czynniki produkcji są wykorzystywane w 100% co oznacza, że w danym momencie nie da się realnie zwiększyć ilości produkowanych wyrobów, bezrobocie w długim okresie nie istnieje, a konsumenci będą w stanie zakupić i zużyć wszystkie oferowane dobra,  

– zwiększenie podaży pieniądza może doprowadzić jedynie do inflacji i nie ma wpływu na pobudzenie gospodarki,

– państwo powinno mieć minimalny wpływ na gospodarkę (ponieważ rynki mają zdolność do samoregulacji, więc nie ma potrzeby, aby podmioty państwowe interweniowały).

Po I wojnie światowej angielski ekonomista John Maynard Keynes, obserwując gospodarki USA i Wielkiej Brytanii doszedł do wniosku, że – wbrew dotychczasowym przekonaniom ekonomistów – rynki nie posiadają zdolności do samoregulacji. W państwach uczestniczących w wojnie stale wzrastało bezrobocie, co przeczyło założeniu o 100% wykorzystaniu czynników produkcji. W 1929 roku doszło do wybuchu wielkiego kryzysu światowego, co również potwierdziło jego tezę.

Keynes postulował wbrew swoim poprzednikom, że interwencja państwa w funkcjonowanie rynku nie powinna być ograniczana do minimum, a wręcz przeciwnie – jest konieczna dla dobrego funkcjonowania gospodarki. Twierdził, że w momencie kryzysu i inflacji ludzie, których na to stać, są bardziej skłonni do oszczędzania w celu przeczekania złej koniunktury, przez co gospodarka nie jest w stanie „rozkręcić się” na nowo. Rozwiązania upatrywał w zwiększeniu podaży pieniądza i przekazaniu go ludziom, którzy najbardziej go potrzebują, ponieważ ci zmuszeni będą do wydania swoich środków i pośrednio pomogą swojemu krajowi wyjść z kryzysu.

Debata na temat, które z tych podejść do makroekonomii jest lepsze trwa do teraz. Oczywiście praktycznie prawie nikt nie twierdzi, że państwa powinny posługiwać się jednym z nich
i zignorować całkowicie to drugie, ale spór, które z nich powinno przeważać w podejściu rządu do ingerencji w gospodarkę nie został rozstrzygnięty i pewnie prędko się to nie stanie.

Na zakończenie warto przytoczyć kilka najbardziej interesujących argumentów każdej ze stron, od neoklasyków zaczynając:

– rynki są w stanie osiągnąć stan równowagi i są zdolne do samoregulacji, poza sytuacjami kryzysu,

– ingerencja państwa w rynki zwiększa możliwość jego ingerencji w inne aspekty życia obywateli,

– zapewnienie pracy przez państwo nie musi oznaczać wyjścia z kryzysu, może doprowadzić do tzw. stagflacji – czyli sytuacji, w której gospodarka znajduje się w recesji, a inflacja stale rośnie.

A teraz keynesiści:

– historycznie nieregulowane rynki mają skłonność do deregulacji i samoistnego wytwarzania kryzysów gospodarczych,

– ingerencja państwa w sprawie bezrobocia jest korzystna dla wszystkich, ponieważ pobudza gospodarkę,

– ingerencja państwa sprawi, że kryzysy gospodarcze będą występowały rzadziej i będą mniej dotkliwe.

Obie strony posiadają więc trafne argumenty, ale jednoznacznego zwycięzcy nie ma – jednak zrozumienie obu „obozów” daje miejsce do dalszych rozważań i pozwala lepiej zrozumieć niektóre mechanizmy funkcjonowania państwa w kontekście gospodarczym.

pexels-energepic-com-27411-159888

Czym jest rynek efektywny i dlaczego jeszcze nie istnieje?

Hipoteza rynku efektywnego (z angielskiego: EMH – Efficient Market Hyphotesis) to teoria francuskiego matematyka Louis’a Bachelier’ego zakładająca, że ceny aktywów finansowych (np. akcji na giełdzie) są odzwierciedleniem wszystkich dostępnych na ich temat informacji. W związku z czym w długim terminie nie jest możliwe, aby inwestor osiągnął ponadprzeciętną stopę zwrotu.

Na pierwszy rzut oka ma to sens – załóżmy na przykład, że prezes pewnej spółki przechodzi na emeryturę. Na miejsce „starego”, doświadczonego prezesa wchodzi „nowy”, nieznany przez inwestorów i niesprawdzony jeszcze następca. Informacja zostaje podana do obiegu publicznego i najprawdopodobniej sprawia, że ceny akcji spółki idą w dół, co spowodowane jest obawą inwestorów o brak umiejętności „nowego” prezesa.

Mamy więc teorię, która wydaje się być ugruntowana w rzeczywistości, ale sprawa nie jest taka prosta – autor teorii zakładał, że aby rynek można było nazwać efektywnym, musi on spełniać szereg reguł:

– na rynku działa nieskończona liczba uczestników, każdy z nich sam wycenia wartość akcji w celu maksymalizacji zysku

– działanie pojedynczego inwestora nie jest w stanie zmienić cen akcji

– komunikaty wpływające na wartość firm generowane są w sposób nieskorelowany

– informacje docierają natychmiast do wszystkich uczestników rynku

– informacja jest bezpłatna

– koszty transakcji nie istnieją

– wszyscy inwestorzy od razu wykorzystują otrzymane informacje

– każdy z inwestorów ma takie samo zdanie co do kierunku wpływu informacji na cenę danej akcji oraz oczekuje tej samej stopy zwrotu

– czas oczekiwania na zwrot inwestycji każdego z inwestorów jest jednakowy

– inwestorzy podejmują racjonalne decyzje na podstawie przedstawionych im informacji

Szybki przegląd powyższych kryteriów sprawi zapewne, że dojdziesz do wniosku, iż rynek efektywny jest jakimś utopijnym wymysłem. Już pierwszy z podanych warunków jest niemożliwy do spełnienia – na świecie jest przecież skończona ilość ludzi, a co za tym idzie skończona ilość uczestników rynków. W tym momencie należy przypomnieć, że powyższa teoria jest jedynie hipotezą. Mimo, że nie da się spełnić każdego z założeń teoretycznych nie oznacza to, że giełdy nie mogą dążyć do efektywności.

Wyłączając niektóre z kryteriów można by dojść do wniosku, że przykładowo New York Stock Exchange jest w pewnym stopniu rynkiem efektywnym. Działa na nim przecież masa inwestorów, a informacje o spółkach na niej notowanych w dobie Internetu są dostępne niemalże wszystkim w kilka chwil. Czy ceny spółek na niej notowanych odzwierciedlają więc ich faktyczną wartość?

Niestety nie, pomijając już takie kwestie jak insider trading, czy ogromny wpływ jaki inwestorzy instytucjonalni mają na ceny akcji na rynkach giełdowych, ostatnim gwoździem do trumny hipotezy rynków efektywnych jest założenie racjonalnego zachowania inwestorów.

Historia uczy nas, że mimo to, że wolelibyśmy siebie widzieć jako opanowanych
i kalkulujących uczestników rynków, prawda jest taka, że jesteśmy jedynie ludźmi. W związku z tym popadamy w emocje i często ślepo podążamy za tłumem (efekt owczego pędu). Każda ze znanych z historii baniek spekulacyjnych powstała, ponieważ inwestorzy widząc stale idący „w górę” wykres giełdowy chcieli zarobić, ale niewielu z nich zadawało sobie pytanie „dlaczego tak się dzieje?”, ani „kiedy to się skończy?”.

Hipoteza nie ma więc zastosowania w rzeczywistości. Czy oznacza to, że nadaje się „na śmietnik”? Odpowiedź brzmi nie – postawiła ona bowiem trafne pytanie: „dlaczego rynki nie są efektywne?”. W celu uzyskania odpowiedzi powstała nowa dziedzina finansów nazywana finansami behawioralnymi. Największym wrogiem inwestora na jakimkolwiek rynku są jego własne emocje i psychika. Jeśli nauczymy się nad nimi panować, da nam to ogromną przewagę.